RSS
niedziela, 08 maja 2011
to już jest koniec

6 maja 2011- JFK

"6 tygodni minęło w mgnieniu oka. Taki sam wiatr i takie samo słońce było na JFK 29 marca. Pamiętam jak szukałam kasy biletowej na kolejkę. W panice, że jak to tak bez biletu mam jechać. I teraz kiedy z moją mapą metra w kawałkach bez pośpiechu, bez paniki, just swipe your card. MetroCard. 

Nowojorczycy. Eleganccy. Radośni i zamyśleni jednocześnie. Super ubrani. Ale to nie o ciuchy chodzi. Tylko o nonszalancję i luz w ich noszeniu. Eleganckie panie w garsonkach od Prady, białych skarpetkach i adidasach. Bo tak wygodniej przemierzać ulice, chodzić po schodach w metrze gdzie nie ma windy. W Europie garsonka+adidasy są nie do pomyślenia. Tutaj są po prostu wygodne. Wielkie sklepy, gdzie ekspedienti chodzą i rozpylają zapachy. I zawsze na końcu jest wieszak clearence, z rzeczami za 10$, przecenionymi z $$$$$$$$ ;)
Zapach przypalonego jedzenia na ulicach. Trąbienie żółtych taksówek. Przechodzenie na czerwonym. Ci co są tu dopiero od chwili dzielnie czekają na signal walk, a tubylcy (ale nie tylko;) przechodzą kiedy nic nie jedzie. 

Państwo, w którym kupionego w sklepie zapakowanego muffina i sok pakują w papierową torbę, dają 3 chusteczki, słomkę a wszystko wsadzają jeszcze do czarnej reklamówi:0 Nie ma się co dziwić, że władze USA dużo mówią o ekologii.

Fajnie tu w tej Ameryce, w tym niebie. Choć żal wyjeżdzać, to czas wracać do domu.

Watch your step and enjoy."

Powitanie w ojczyźnie przez Rodaków :) :*******

01:14, natalajaaa
Link Komentarze (1) »
środa, 04 maja 2011
R.E.M. - Leaving New York

do słuchania: R.E.M. - Leaving New York http://www.youtube.com/watch?v=tCvnGxfBfiw

pierwszy raz od 5 tygodni zrobiłam zakupy. Chleb, jogurty, szynka, jak w normalnym życiu. Za 3 dni wyjeżdzam, a dopiero teraz znalazłam miejsce gdzie można "mieszkać". Mój pokój to piętrowe łożko, lodówka, stolik, biurko, krzesło i SZAFA!!! Niesamowite uczucie móc się nareszcie wypakować z walizki. znalazłam taki swój NYC. Wiem, że trudno to powiedzieć po paru dniach, ale po prostu dobrze się tu czuję. Na 345 West 86th Street. 

Dużo było przygód po drodze. Po wyjechaniu z Phili pojechałam do Princeton. Princeton nie można poznać na podstawie rozkładu komunikacji miejskiej na Google Maps. Wylądowałam na środku niczego. Podeszłam do pierwszego z brzegu samochodu, który okazał się być polskim samochodem:) Pani Ewa zawiozła mnie do hotelu, odwiozła po Princeton i po prostu uratowała mi tyłek:)
Po princeton były święta w Pensylwanii. Pięknej, górzystej, zielonej. A potem znowu NYC na parę dni i wyjazd pod Niagarę.Wszyscy mówili, że tam zimno, na zdjęciach zawsze pełno tam drzew, więc spakowałam się jak na wyprawę: gruba kurtka, dzinsy, adidasy. Żadnej miejskiej ekstrawagancji, przecież jadę do puszczy. I pojechałam. Do miejskiej puszczy. Niagara otoczona jest hotelami, drapaczami chmur, chodnikami, tarasami widokowymi. I można ją oglądać w szpilkach i sukience;)Wszyscy mówią, że ładniejsza jest z kanadyjskiej strony. Więc razem z Grażyną i Piotrem postanowiliśmy sprawdzić jak to jest tam w Kanadzie. Granicą jest most na rzece. Przeszliśmy przez bramkę z napisem "To Canada" i wtedy zorientowałam się, że nie mam w paszporcie tej małej białej karteczki, na której celnik wpisał ważność mojego pobytu. Została w NYC. A Grażyna z Piotrkiem nie mieli wymaganych biometrycznych paszportów. Tak więc dostaliśmy papier z odmową wstępu do Kanady i kazali nam wrócić do US. Celnik w USA nie był nami zachwycony, a zwłaszcza brakiem mojej karteczki, bo to oznacza, że jestem nielagalna. Wziął nas za 3 idiotów(?), którzy nie zdali sobie sprawy co zrobili. Ale gdybyśmy mieli coś nie tak z papierami to na pewno znalibyśmy wszelkie procedury i nawet nie patrzyli na Kanadę. Więc opieprzył nas, postraszył więzieniem i puścił wolno:) A mała biała karteczka jest na swoim miejscu;)
Planując tę podróż myślałam o błogostanie. O tym stanie umysłu, kiedy mózg nie pracuje. I tak sobie wyobrażałam te 5-6 tygodni. Totalna laba. A jest zupełnie inaczej. Mózg na najwyższych (czasami średnich) obrotach planujący podróż, szukający hosteli, metra, biletów, jedzenia i innych spraw. I ani chwili wytchnienia. Potrzebuję wakacji;)

Prawie jak w Pieninach

Greenpoint, czyli Polaczkowo

Miejska dżungla

Ślub w Londynie przyćmił nawet śmierć Bin Ladena

Coney Island

05:05, natalajaaa
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 maja 2011
stoję w traficu na hajweju

dużo się dzieje, czasu mało, zaraz wracam do domu, więc tylko na chwilę, żeby pokazać Wam czym za parę lat będziemy jeździć - New York International Auto Show. Enjoy:)

05:39, natalajaaa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 kwietnia 2011
wczasy?! jakie wczasy?

 

Od ponad 3 tygodni jestem na nogach. Codziennie rano wstaję i coś trzeba robić, gdzieś pójść, coś zobaczyć. Bo przecież muszę
zwiedzać. Nie mogę nic przegapić, a czas ucieka. Od 2 tygodni prawie nie jeździłam środkami komunikacji miejskiej i wszystko
widziałam nogami. Spaliłam tyle kalorii, że powinnam być chuda jak patyk, ale muffiny, pizza, lody, sandwicze robią swoje.
To co lubię w USA (poza internetem w autobusie) to to, że nadal noszę tu rozmiar S.
Amerykanie są i chudzi i grubi. Ale tych grubych jest tu naprawdę dużo. I są naprawdę grubi. U nas ogromne osoby spotyka się
raz na jakiś czas. Tutaj raz na 100 metrów spaceru. Fast foody, przetworzone jedzenie robią swoję. Ale wisienkami na torcie
są wszelkie snacksy, rozmiary jedzenia i napoje. Fastfoodowy obiad poza hamburgerem, dużymi frytkami składa się z wielkiej
coli (cola jest tu tansza niz woda), szejka i chipsow. I wszystko jest wielkie. Sandwich large jest taki, że u nas dwie osoby
najadają się do syta. I piją tutaj strasznie dużo, strasznie dużych różnych słodkich napojów. I rosną jak na drożdzach.
Prawie jak ja:)
Philadelphia ładna. Dużo rzeźb, instalacji i murali na ulicach. Poza tym wszędzie da się dojść pieszo. Ludzie mili, co dziwne bo w
innych miastach mówili, że w Phili są same dupki:)
i lubię tutejszych biegaczy. Pocą się, męczą jak narmalni ludzie. Biegacze w NYC biegają raczej w stylu Magdy M. Więc Phili runners są póki co moimi ulubionymi.
Gdyby ktoś nie wiedział gdzie parkuje Batman
Pamiętacie reklamy Adidasa "Runners, yeah we're diffrent"? http://jasonbscott.wordpress.com/2010/12/22/adidas-runners-yeah-were-different/ ---tu wprawdzie nie ma tego zdjęcia ale chodzi o ścieżki Wybiegane tuż obok chodników:)

Od ponad 3 tygodni jestem na nogach. Codziennie rano wstaję i coś trzeba robić, gdzieś pójść, coś zobaczyć. Bo przecież muszę zwiedzać. Nie mogę nic przegapić, a czas ucieka. Od 2 tygodni prawie nie jeździłam środkami komunikacji miejskiej i wszystko widziałam nogami. Spaliłam tyle kalorii, że powinnam być chuda jak patyk, ale muffiny, pizza, lody, sandwicze robią swoje.

To co lubię w USA (poza internetem w autobusie) to to, że nadal noszę tu rozmiar S :)

Amerykanie są i chudzi i grubi. Ale tych grubych jest tu naprawdę dużo. I są naprawdę grubi. U nas ogromne osoby spotyka się raz na jakiś czas. Tutaj raz na 100 metrów spaceru. Fast foody, przetworzone jedzenie robią swoje. Ale wisienkami na torcie są wszelkie snacksy, rozmiary jedzenia i napoje. Fastfoodowy obiad poza hamburgerem, dużymi frytkami składa się z wielkiej coli (cola jest tu tańsza niż woda), szejka i chipsów. I wszystko jest wielkie. Sandwich large jest taki, że u nas dwie osoby najadają się do syta. I piją tutaj strasznie dużo, strasznie dużych różnych słodkich napojów. I rosną jak na drożdzach. Prawie jak ja:)

Philadelphia ładna. Dużo rzeźb, instalacji i murali na ulicach. Poza tym wszędzie da się dojść pieszo. Ludzie mili, co dziwne bo w innych miastach mówili, że w Phili są same dupki:)

Lubię tutejszych biegaczy. Pocą się, męczą jak narmalni ludzie. Biegacze w NYC biegają raczej w stylu Magdy M. Więc Phili runners są póki co moimi ulubionymi.

Internet w autobusie, prąd w parku. Się żyje.

From Phili with love :*

Gdyby ktoś nie wiedział gdzie parkuje Batman

Pamiętacie reklamy Adidasa "Runners, yeah we're diffrent"?  --- tu wprawdzie nie ma tego zdjęcia, ale chodzi o ścieżki wybiegane tuż obok chodników:)

 

 

04:29, natalajaaa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Herbata u Obamy.

 

Jako, że najlepsze rzeczy na wyjazdach zdarzają się zawsze ostatniego dnia to wyjazd z Miami wyglądał tak: ooo!!! jest 5:30
rano! idź do hostelu, wsadz wszystko do walizki i biegnij na pociąg. Zygzakiem, ale się udało:)
Dworzec kolejowy w Miami wygląda jak dworzec w Sochaczewie, tyle że w sochaczewie jest pewnie automat z kawą. w Miami nie ma.
23 godzinna podróż Amtrakiem - wbrew przypuszczeniom bardzo miła, szybka i przyjemna.
Cała drogę, razem z 27 letnią Amerykanką Kelly, przegadałyśmy z konduktorami.
Konduktorzy siedzą w Warsie z resztą gości, gadają, pomagają wsiadać, wysiadać, noszą bagaże i robią sobie żarty, które mnie
Polkę doprowadziły początkowo do paniki. No bo jakbyście się poczuli kiedy konduktor mówi "ten bilet jest nieważny"? Fakt, że
się na nim nie podpisałam, bo tu trzeba się na bilecie podpisać, ale bardzo ich ubawiła moja panika i przeprosiny. Albo
wracając po przerwie do pociągu "Mogę zobaczyć Twój bilet? bo nie pamiętam, żebyś jechała z nami" więc rzucam się do torebki,
a oni wszyscy w śmiech :) ale tak to już jest z amerykanami, że nabijają się z ciebie co chwila. W PL zdanie "ten bilet jest
nieważny" oznacza przeważnie duże problemy.
Tak więc Amtrak super, tylko jednak nie jechał wzdłuż wybrzeża tak jak mi się wydawało.
o 7 rano wysiadłam z pociągu, pomachałam załodze i wyszłam z dworca (który wygląda bardziej jak nasz jakiś pałac, niż dworzec
centralny) i..pierwsze co widzisz po wyjściu na ulice to Capitol. Niesamowite wrażenie!
Mało wygodne, ale dla mnie dobre jest docieranie do hosteli piechotą z dworców. Wprawdzie wszystkie taksówki trąbią co chwila
i oferują podwózkę, ale to świetny sposób na szybki rekonesans okolicy.
Moje marzenie o prysznicu i spaniu niestety musiałam odłożyć na wieczór, bo check in dopiero o 3PM. Więc ruszyłam zwiedzać
DC.
Kolejne miasto, po Bostonie, do chodzenia. National Mall - wielki teren zieleni a po bokach pare/parenaście muzeów/galerii.
Oficjalnie mówię, że jak wróce do domu to przez 3 lata nie wejdę do żadnego muzeum, ani galerii. NIE MA MOWY!
Wniosek z muzeum jest taki, że jak się ludziom postawi coś na osobnej ścianie, albo jakoś wyróżni, to obojętnie co to będzie
to będzie tam tłum. I zawsze jest tak, że wystawy o sztuce chińskiej są pełne azjatów, malarstwo amerykańskie oglądają
amerykanie, a francuzi podziwiają swoich. Naszych nie pokazują, więc nie widziałam :)
Zdjęcia jak zawsze poniżej. I jeszcze jeden wniosek. Jak mówicie Amerykanom, że jesteście z Polski, a oni mówią "tak/aha/ok"
to trzeba dodać, że Polska jest między Niemcami a Rosją, że Lech Walesa, Solidarnosc i dobrze jeszcze od razu powiedzieć, że
nie mamy już komunizmu, tylko demokracje. Kanadyjczykom, można jeszcze powiedzieć, że mamy prąd ;)

Jako, że najlepsze rzeczy na wyjazdach zdarzają się zawsze ostatniego dnia to wyjazd z Miami wyglądał tak: ooo!!! jest 5:30 rano! idź do hostelu, wsadz wszystko do walizki i biegnij na pociąg. Zygzakiem, ale się udało:)

Dworzec kolejowy w Miami wygląda jak dworzec w Sochaczewie, tyle że w sochaczewie jest pewnie automat z kawą. w Miami nie ma. 23 godzinna podróż Amtrakiem - wbrew przypuszczeniom bardzo miła, szybka i przyjemna. Cała drogę, razem z 27 letnią Amerykanką Kelly, przegadałyśmy z konduktorami. Konduktorzy siedzą w Warsie z resztą gości, gadają, pomagają wsiadać, wysiadać, noszą bagaże i robią sobie żarty, które mnie Polkę doprowadziły początkowo do paniki. No bo jakbyście się poczuli kiedy konduktor mówi "ten bilet jest nieważny"? Fakt, że się na nim nie podpisałam, bo tu trzeba się na bilecie podpisać, ale bardzo ich ubawiła moja panika i przeprosiny. Albo wracając po przerwie do pociągu "Mogę zobaczyć Twój bilet? bo nie pamiętam, żebyś jechała z nami" więc rzucam się do torebki, a oni wszyscy w śmiech :) ale tak to już jest z amerykanami, że nabijają się z ciebie co chwila. W PL zdanie "ten bilet jest nieważny" oznacza przeważnie duże problemy. Tak więc Amtrak super, tylko jednak nie jechał wzdłuż wybrzeża tak jak mi się wydawało.

O 7 rano wysiadłam z pociągu, pomachałam załodze i wyszłam z dworca (który wygląda bardziej jak nasz jakiś pałac, niż dworzec centralny) i..pierwsze co widzisz po wyjściu na ulice to Capitol. Niesamowite wrażenie!

Mało wygodne, ale dla mnie dobre jest docieranie do hosteli piechotą z dworców. Wprawdzie oznacza to spacer przy dźwiękach trąbiących taksówek oferujących podwózkę, ale to świetny sposób na szybki rekonesans okolicy.

Moje marzenie o prysznicu i spaniu niestety musiałam odłożyć na wieczór, bo check in dopiero o 3PM. Więc ruszyłam zwiedzać DC.

Kolejne miasto, po Bostonie, do chodzenia. National Mall - wielki teren zieleni a po bokach pare/parenaście muzeów/galerii. Oficjalnie mówię, że jak wróce do domu to przez 3 lata nie wejdę do żadnego muzeum, ani galerii. NIE MA MOWY!

Wniosek z muzeum jest taki, że jak się ludziom postawi coś na osobnej ścianie, albo jakoś wyróżni, to obojętnie co to będzie to będzie tam tłum. I zawsze jest tak, że wystawy o sztuce chińskiej są pełne azjatów, malarstwo amerykańskie oglądają amerykanie, a francuzi podziwiają swoich. Naszych nie pokazują, więc nie widziałam :)

Zdjęcia jak zawsze poniżej. I jeszcze jeden wniosek. Jak mówicie Amerykanom, że jesteście z Polski, a oni mówią "tak/aha/ok" to trzeba dodać, że Polska jest między Niemcami a Rosją, że Lech Walesa, Solidarnosc i dobrze jeszcze od razu powiedzieć, że nie mamy już komunizmu, tylko demokracje. Kanadyjczykom, można jeszcze powiedzieć, że mamy prąd ;)

W każdym amerkańskim mieście jest starbucks, pret a manager, CVS i chinatown.

Trudno się zgubić.

Ale trudno się zdecydować na poranną prasę;)

 

Kiełbasa Polska.

Eastern Market = warszawskie Koło

 

A jakie mają hasło polscy SOKiści?:)

Śniadania;)

Real American girl - dzinsy, tiszert, adidasy

Jako, że muzea w większości są darmowe to niestety są w nuch tłumy

 

 

05:48, natalajaaa
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 kwietnia 2011
Miami sucks!!!

no dobra, miami jest okropne, taka prawda:) prześne, tandetne, brokatowe, kolorowe i ociekające taniochą.
wyobraźcie sobie wakacje last minute/all inclusive w Egipcie/tunezji gdzie wieczorami sa wystepy prezentujace lokalna kulture to w Miami jest dokladnie to samo. Tyle, że 40 letnia wokalistka spiewa piosenki lady gagi:)
na ulicach cabrio, z każdego inna muzyka i wszystko na full. Tatuaże, szpilki, perfumy, bieganie po najcześciej uczęszczanej części deptaku.
A propo biegania to jednak nawet jeśli jest to bieganie w stylu Magdy M. to trzeba im pogratulować, bo beiga się tu strasznie ciężko. Nawet jeśli wieje wiatr znad oceanu to jest duszno
a za dwa dni ruszam w 23godzinna podroz pociagiem!

no dobra, miami jest okropne, taka prawda:) prześne, tandetne, brokatowe, kolorowe i ociekające taniochą. Najlepiej chyba oddaje to tutejszy suvenir - koszulka  z napisem "i was in miami bitch"

wyobraźcie sobie wakacje last minute/all inclusive w Egipcie/tunezji gdzie wieczorami sa wystepy prezentujace lokalna kulture to w Miami jest dokladnie to samo. Tyle, że 40 letnia wokalistka spiewa piosenki lady gagi:)

na ulicach cabrio, z każdego inna muzyka i wszystko na full. Tatuaże, szpilki, perfumy, bieganie po najcześciej uczęszczanej części deptaku.

A propo biegania to jednak nawet jeśli jest to bieganie w stylu Magdy M. to trzeba im pogratulować, bo beiga się tu strasznie ciężko. Nawet jeśli wieje wiatr znad oceanu to jest duszno i po 2 km po prostu trzeba zacząć iść.

Moje biegi tutaj: http://www.sports-tracker.com/#/workout/NataliaJedrzejczyk/5s0lslo7336mi4et

a za dwa dni ruszam w 23godzinna podroz pociagiem do Waszyngtonu!

 

 

05:50, natalajaaa
Link Komentarze (1) »
środa, 13 kwietnia 2011
Welcome to Miami ami ami:)

Dziwnie być tak w podróży. Rano Boston, potem Philli, a lądowanie w Miami. Przesiadki, bordingi, gaty. Na lotnisku w Philadelphi stoją bujane fotele dla oczekujących i są punkty "free electricity".

Miami! Są palmy, plaża, sklepy, bary, dancingi, restauracje, tatoo studio, wróżka, spa, wellness i siłownie. a wszystko kolorowe, taneczne i okropne;) i super zbudowani faceci:P

Tylko śmierdzi tak samo jak w egipcie:) i jest głośno, w pokoju w hostelu syf, tabun ludzi i ogólnie słabe wrażenie niestety, więc chyba poszukam czegoś innego.

Jeśli ktoś chciałby pobiegać to tylko nocą, bo o 21 jest duszno okrutnie.

Na dziś tylko jedno zdjęcie - tak teraz robię pranie;)

 

06:39, natalajaaa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 kwietnia 2011
Chcę tu zostać;)

 

Boston jest cudowny. Naprawdę, żal odjeżdzać. Jest mniejszym i spokojniejszym Nowym Jorkiem. Jest większą i bardziej
wszechstronną Warszawą. Jest taki jak sobotnie popołudia w ogródku Kafki na Powiślu. Jest taki jak spacery po Muranowie. Jest
taki jak piątkowe wieczory w Placu Zabaw. Jest taki jak Warszawa, w której postaci kocham ją najbardziej.
Dwa dni chodzenia, szwędania się po mieście. Dwa dni, które sprawiły, że na pewno chcę tu wrócić.
Ludzie są tu mniej "helo helo how are u?" niż w NYC, ale to dobrze. Jeśli trzeba to ci pomogą, ale jeśli nic się nie dzieje
to poprostu sobie są.
Zresztą Bosotn z NYC toczą odwieczną walkę, więc pilot z którym przed chwilą rozmawiałam na lotnisku bardzo się ucieszył, że
wolę Boston.
Boston ma wszystko to co NYC, tylko trochę mniejsze.
Ma swoje China i Italian Town. Ma swój financial district. Ma swój Central Park - Boston Common.
T, czyli tutejszy subway, jest fajny i prosty. Wejścia są śmiesznie czasami poukrywane między budynkami, trochę jak w
Londynie.
Śmiesznie jest językowo. W porównaniu z początkiem pobytu w USA, kiedy skupiasz się na tym co słyszysz, próbując zrozumieć
każde słowo i męczącz się ciągle pomiędzy dwoma językami, teraz jest zupełnie inaczej. Sama do siebie mówię już po angielsku,
notatki też robię in inglisz, nie skupiając się rozumiem rozmowy ludzi przechodzących obok. I uznałam, że skoro umiem zwrócić
zakupiony towar to jest naprawdę już dobrze i bezpiecznie. ALe w dniu, w którym skumam za pierwszym razem mówiących po
angielsku chińczyków otworzę szampana:)
A dziś...lecę do Miami:)

Boston jest cudowny. Naprawdę, żal odjeżdzać. Jest mniejszym i spokojniejszym Nowym Jorkiem. Jest większą i bardziej wszechstronną Warszawą. Jest taki jak sobotnie popołudia w ogródku Kafki na Powiślu. Jest taki jak spacery po Muranowie. Jest taki jak piątkowe wieczory w Placu Zabaw. Jest taki jak Warszawa, w której postaci kocham ją najbardziej.

Dwa dni chodzenia, szwędania się po mieście. Dwa dni, które sprawiły, że na pewno chcę tu wrócić. Ludzie są tu mniej "helo helo how are u?" niż w NYC, ale to dobrze. Jeśli trzeba to ci pomogą, ale jeśli nic się nie dzieje to poprostu sobie są.

Zresztą Bosotn z NYC toczą odwieczną walkę, więc pilot z którym przed chwilą rozmawiałam na lotnisku bardzo się ucieszył, że wolę Boston.

Boston ma wszystko to co NYC, tylko trochę mniejsze. Ma swoje China i Italian Town. Ma swój financial district. Ma swój Central Park - Boston Common.

T, czyli tutejszy subway, jest fajny i prosty. Wejścia są śmiesznie czasami poukrywane między budynkami, trochę jak w Londynie.

Śmiesznie jest językowo. W porównaniu z początkiem pobytu w USA, kiedy skupiasz się na tym co słyszysz, próbując zrozumieć każde słowo i męczącz się ciągle pomiędzy dwoma językami, teraz jest zupełnie inaczej. Sama do siebie mówię już po angielsku, notatki też robię in inglisz, nie skupiając się rozumiem rozmowy ludzi przechodzących obok. I uznałam, że skoro umiem zwrócić zakupiony towar to jest naprawdę już dobrze i bezpiecznie. ALe w dniu, w którym skumam za pierwszym razem mówiących po angielsku chińczyków otworzę szampana:)

A dziś...lecę do Miami:)

Żeby nikt nie myślał, że peruwiańczycy są tylko na patelni i na Szerokiej;)

Sweet:)

Chinatown

Buty maratończyków na przestrzeni lat.

Meta najstarszego maratonu świata...kiedyś ją przebiegnę:)

pan Kościuszko.

 

Nie wszyscy chcą Obamy

 

Widoki

 

 

17:22, natalajaaa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 kwietnia 2011
Red sox, znaczy się witamy w Bostonie!

Stało się! Dostałam łożko na górze. Obiekt walk dzieciaków na koloniach, dla pani przed 30tką:) raczej nie jest fantastycznym wydarzeniem. A do tego hostel jest na przedmieściach przedmieść. Ale to tylko 3 noce, więc jakoś będzie.

Szybki wieczorny spacer po Bostonie potwierdził, to że Bosotn jest miastem do chodzenia. Nie ma tylko co udawać, że jakoś się do swojego metra dotrze, bo się człowiek nachodzi. Zwłaszcza, że stacje metra są ukryte między budynkami:)

A! i jeśli w przewodniku Amerykanka piszę, że zawsze trzeba mieć ze sobą w Bostonie sweter to należy mieć dwa ciepłe:) na ulicach mini, szorty, klapki, połączone z czapkami, płaszczami, rękawiczkami. Modowy misz masz.

Dziś tylko wieczorne widoki, a później dalsze szczegóły.

Czapki Yankesów to ja tu raczej nie ponoszę;)

Tagi: Boston
04:55, natalajaaa
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 kwietnia 2011
Prawdziwe wakacje!

Po zgiełku, korkach, metrze, drapaczach chmur, Provincetown może wydać się nudne. Bardzo nudne. Zwłaszcze, że jest przed sezonem. Większość sklepików, barów, galerii do wczoraj była jeszcze zamknięta i dopiero szykowana. Na małych uliczkach, przed drewnianymi domkami stoją wielkie pikapy wyładowane drabinami, pędzlami, deskami, ziemią, kwiatami i wszystki tym co pomoże godnie przywitać sezon.
Cudownie można tu odpocząć. Książki, kawa, czekolada, rozpuszczone włosy (to główny wyznacznik tego, że jestem na wakacjach;)
Provincetown (zwane P-town) to znane gejowsko/lesbijskie miasteczko. Mają tu coroczną paradę, festiwale, galerie, sklepy. Wszędzie widać tęczowe flagi. A wszystko to na małych uliczkach, w małych domkach. Jest naprawdę uroczo.
W sezonie pracuje tu dużo Polaków. Wszyscy, których poznałam dziwią się, że nie przyjechałam do Pracy:)
A jutro ruszam podbijać Boston.

Po zgiełku, korkach, metrze, drapaczach chmur, Provincetown może wydać się nudne. Bardzo nudne. Zwłaszcze, że jest przed sezonem. Większość sklepików, barów, galerii do wczoraj była jeszcze zamknięta i dopiero szykowana. Na małych uliczkach, przed drewnianymi domkami stoją wielkie pikapy wyładowane drabinami, pędzlami, deskami, ziemią, kwiatami i wszystkim tym co pomoże godnie przywitać sezon.

Cudownie można tu odpocząć. Książki, kawa, czekolada, rozpuszczone włosy (to główny wyznacznik tego, że jestem na wakacjach;)

Provincetown (zwane P-town MAPA) to znane gejowsko/lesbijskie miasteczko. Mają tu coroczną paradę, festiwale, galerie, sklepy. Wszędzie widać tęczowe flagi. A wszystko to na małych uliczkach, w małych domkach. Jest naprawdę uroczo.

W sezonie pracuje tu dużo Polaków. Wszyscy, których poznałam dziwią się, że nie przyjechałam do pracy:)

A jutro kierunek Boston.

 

 

Monument upamiętniający pierwszych przybyłych tutaj osadników.

Tak się tutaj odpoczywa:)

 

 

 

 

 

23:32, natalajaaa
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Do poczytania:
http://www.mia-ny.com/